sobota, 6 stycznia 2018

KULTURALNE PODSUMOWANIE 2017 + POSTANOWIENIA 2018



Hej, hej kulturoholicy! Wiem, nikt nie wierzy, że to ja. Minęły już ponad 4 miesiące, ale przez to moje podsumowanie będzie ciekawsze!
Piszę na znienawidzonym przeze mnie wynalazku, czyli laptopie. Ach, tęsknię za normalnym komputerem...
Podaję wam playlistę do przesłuchania w tle i jedziemy!


I. O BLOGU I O TYM, ŻE GO PRAKTYCZNIE NIE MA
W poprzednim poście tłumaczyłam wam, co się dzieje i dlaczego tak jest. Trochę tłumaczę się brakiem czasu, trochę Nieproszonymi (swoją drogą niedługo powinien pojawić się tam mój post o Glukhovskym). Ale prawda jest taka, że nie miałam tak naprawdę o czym pisać. Zawiodłam sama siebie, ale w tym roku zamierzam to poprawić. Ale o tym później.

II. O CINEMA UNLIMITED
Teraz będzie o czymś dobrym. O czymś, co zaczęłam dopiero we wrześniu, a zamierzam kontynuować przez następne lata (albo do czasu gdy wydam wszystkie pieniądze na jedzenie i kocyki). Cinema City nie było w moim rodzinnym mieście, więc nie miałam szansy z Unlimited nawet skorzystać. Nie pamiętam, gdzie o tym usłyszałam, ale było to dawno temu. W Suwałkach na bilety do kina wydawałam miesięcznie średnio 200 zł. Sporo, wiem. Ale lubię chodzić do kina, a niektóre filmy warto zobaczyć więcej niż raz. A bilety nie są tanie... Chyba, że masz Unlimited i płacisz 52 złote, po czym chodzisz do kina kiedy i gdzie chcesz. Jeśli brzmi to jak tania reklama, super. Bo w sumie nią jest. Właściwie to nawet nie tania, a darmowa, a CC nie ma o niej zielonego pojęcia. Do rzeczy. Od września do stycznia byłam w kinie 34 razy, z czego 32 to z kartą CU. Dwa inne to "Day of the Gusano", który grany był tylko w Multikinie oraz "Star Wars", na które poszłam z bratem w Suwałkach. I gdyby nie ta karta nie zobaczyłabym zapewne filmu "The Square", na który poszłam w sumie przypadkiem, po pracy.

III. O PRZECZYTANYCH KSIĄŻKACH; JAKICHŚ CZTERECH
Jakby się nad tym zastanowić, to serio tak było. Policzmy: "Zabić drozda", po raz siódmy "Ostateczni", kolejna część "Młodego samuraja"... I to chyba tyle. Okłamałam was, to były 3 książki. I jakieś dziesięć zaczętych, których do teraz przeczytać nie mogę. Aktualnie najbardziej skupiam się na "Czasie Zmierzchu", a skoro Glukhovsky mi nie idzie, to coś jest poważnie nie tak. Dlatego przemilczmy temat książek, ale przy Dmitriju pozostańmy...

IV. O SPOTKANIU Z GLUKHOVSKYM
Okej, to jeden z rzeczy, które wykreślam z mojej niefizycznej listy marzeń. Ciągle się z nim mijałam. Pojechałam dla niego do Warszawy, a on nie przybył. Gdy on był w stolicy, ja mieszkałam w Anglii. Gdy ogłosił, że jego nowa książka jest już napisana, wiedziałam. Czekałam na informacje dotyczące spotkań autorskich nie w Warszawie, a w ogóle w Polsce. To był pewniak, Polska kocha Glukhovskiego. A on widocznie kocha nas (no i kasę, ale to oczywiste), więc zrobił niezłą turę po naszym kraju. Był i w stolicy, więc skorzystałam z, jak dla mnie, jednej na milion okazji i poszłam. To niesamowite uczucie zobaczyć na żywo człowieka, który napisał twoje ukochane książki. Co tam zobaczyć! Porozmawiać i podać dłoń. Coś niesamowitego. Aż się powtarzam. I uśmiecham się na samo wspomnienie tego wieczoru. Super!

V. O CIĄGŁEJ MIŁOŚCI DO SERIALI
To się akurat nie zmienia, bo seriale kocham i mam zamiar oglądać je do końca życia. Może napiszę jakiś oddzielny post? Lub kolejną aktualizację serialową... Najlepsze rzeczy, jakie w tym roku wśród seriali, które mnie spotkały, to:
- Lemony Snicket's A Series of Unfortunate Events
- Stranger Things
- Mindhunter
- The Young Pope
- Anne with an E
To tylko nowości, bo kontynuacje musiałabym wymieniać wieki!

VI. O HYDROGRAD
Czyli najnowszej płycie Stone Sour i pierwszej z nowym gitarzystą. Album, którego się bałam, a który mnie zaskoczył. Miałam pisać jego recenzję, ale nie wyszło, więc kilka słów napiszę teraz. Corey Taylor chyba pogubił się trochę w swoich zespołach. "Slipknot to jasność, a Stone Sour -ciemność". Granica trochę się mu zatarła, bo Slipknot gra coraz lżej, a SS kompletnie przeciwnie. Takie jest moje wrażenie. Gubi się tam gdzieś wizerunek przyjemnego, z lekka klasycznego rocka. Summa summarum SS wypada całkiem nieźle, gdy odsuniemy Slipknota na bok, a najlepiej o nim zapomnimy. Bo HYDROGRAD to dobry krążek. "Rose red violent blue (This song is dumb and so am I)" to utwór, który zapowiadał zespół mówiąc, że płyta będzie inna i odkrywcza. Nie jest. Ale ta piosenka owszem. Jest troszkę zabawna i zadziorna, ale to nadal kawał dobrej muzyki, szczególnie w połączeniu z przezabawnym i uroczym teledyskiem. "Fabuless", która album promowała, również jest jednym z lepszych utworów, choć na początku miałam o niej inne zdanie. Choć to utwór wyrwany brutalnie z House of Gold and Bones w lekko slipknotowym stylu, miło się tego słucha, ale dmuchana widownia w teledysku jest... dziwna. I tak to zostawmy.

VII. O PLANACH NA TEN ROK
Nie będę się długo rozpisywać, bo jak znowu nawalę, to będzie głupio.
Chcę zmusić się do czytania. Brzmi brutalnie, ale to chcę właśnie zrobić. Rok temu się udało. Zaczynam naprawdę dobre książki, a nigdy ich nie kończę. Więc to nie jest kwestia męczenia się z jedną, złą książką.
Każdy dzień chcę spędzić z choć jednym rodzajem kultury. Powiedzmy: poniedziałki - wieczór z książką, wtorek - krótki metraż (który ostatnio zaniedbuję) i tak dalej.
Nadal chcę chodzić do kina tak często, jak to możliwe. Jest czwarty stycznia, a ja byłam na 3 filmach. Nie jest źle.
Seriale, książki i filmy obejrzane/przeczytane w tym roku mam zamiar sobie zapisywać, mam nadzieję, że mnie to jakoś zmotywuje!

Póki co to tyle, zapraszam was jeszcze na dzisiejszy (bo już 6 stycznia!) tekst na Nieproszonych mojego autorstwa - Prawda ukryta w fantastyce – Dmitry Glukhovsky
Hejo! 

niedziela, 27 sierpnia 2017

Więcej mnie samej w blogu | Nie tylko kultura


Hej, hej... no właśnie. Witam dzisiaj wszystkich.
Z góry ostrzegam, że będzie to post zapewne długi i (dla mnie) emocjonalny. Będzie bowiem dotyczył przyszłości mojego bloga. Tak, znowu. Ale tym razem wprowadzę bardzo znaczące zmiany.

Z początku myślałam nad jakimś chwytliwym, może nawet "clickbaitowym" tytułem, ale doszłam do wniosku... po co? To i tak post skierowany dla tej nielicznej grupki osób, którzy stale tego bloga czytają i to mimo kompletnego braku systematyczności.
Bo zaczęłam go pisać z myślą o recenzjach. Miały pomóc mi w czytaniu większej ilości książek i oglądania filmów. Ale wiecie, jak to bywa. Okazało się, że mam do powiedzenia (a właściwie napisania) o kulturze o wiele więcej. Recenzje to było znacznie za mało, bo dyskutować, analizować i ogólnie gadać bardzo lubię. I tak zaczęły pojawiać się kolejne serie. Często zdarzało się tak, że je zaczynałam, ale miałam problem z kończeniem. Bo jestem jednak osobą spontaniczną i piszę to, co mi w głowie siedzi. Dlatego stwierdzam teraz bez bicia, ale za to z ręką pokornie przyłożoną do piersi, że to był błąd. Blog miał pomagać mi w systematyczności, ale przecież nic na siłę, prawda? Niby oczywiste, ale ja narzucałam sobie presję. Stawiałam poprzeczki, których nie byłam w stanie przeskoczyć. Zauważyłam to po pewnym czasie, pisząc post mówiący o tym, że nie będzie się na tym blogu wiele działo.
Ostatni post pojawił się równo miesiąc temu, ale miałam okres, gdy nie powstawało kompletnie nic produktywnego przez dwa miesiące. A wcześniej? Posty pisane bardzo na siłę. Później zresztą też. Pamiętacie KULTURALNE GUILTY PLEASURE? Wyświetleń miał sporo, ale jestem pewna, że czytanie go to męka. Nie usunę go, byście sami mogli się o tym przekonać. To był pierwszy post od miesiąca. Napisałam go, by czymś ten blog zapełnić. Przepraszam was za to, bo to było bardzo nie fair.
Jak już wspomniałam, blog powstał z pewnej przyczyny. Chciałam po prostu przygotować się w ten sposób do matury. Czy się udało? Myślę, że tak. Mam teraz bardzo niekulturowy okres. Prawie nic nie czytam, oglądam mało filmów. Ciągle są wymówki. A ja po prostu nie mam na to ochoty. Czy zdarza się to każdemu? Myślę, że tak. Postaram się sobie z tym poradzić, ale nigdy więcej nie zrobię nic na siłę. Jestem wtedy nieszczera z samą sobą, ale i wami. A wam chcę poświęcić ten właśnie akapit. Zakładałam na początku, że tego bloga nikt nie przeczyta. Udostępniać posty zaczęłam dopiero po pewnym czasie, przez co przybyło sporo czytelników. Pisanie bloga to moje hobby, ale gdy teraz o tym myślę, nie miałoby sensu, gdyby nie wy, którzy to czytacie. Jeśli ciągle we mnie wierzycie, dziękuję! Bo wiem, że są osoby, które prawie każdy post czytają i komentują. Jeśli to ty, wiedz, że jestem wdzięczna. Bo to niesamowite uczucie, gdy setki osób czytają te kilkadziesiąt zdań, które mam na dany temat do powiedzenia. Poważnie. Większość z was to również blogerzy, więc wiecie, o czym mówię. Komentarze utwierdzają mnie w przekonaniu, że nie robię tego tylko dla siebie i nie jest to nic nie znaczące pisanie. Bo wiecie co? Może i nie jestem kompetentna. Może nie mam wiedzy uniwersyteckiej, może nie znam motywu czy gatunku od samych jego początków. Ale nie zgadzam się z tym, że nie mam prawa wypowiadać się o kulturze. Ona jest dla każdego. A człowiek ma wolny wybór: może czytać opinie uznanych recenzentów po szkole wyższej i kursach, a może czytać mnie i każdego z innych blogerów. Bo możemy pisać to, na co mamy ochotę i możemy wyrażać własną opinię, z którą albo ktoś się zgodzi albo nie. Okej, wybiegam z złe rejony. Podsumowując tę część mojego tekstu - dziękuję. Jeśli chcecie, odezwijcie się prywatnie, jak to już miało miejsce. To wiele dla mnie znaczy!

A teraz przejdźmy do rzeczy. Mój blog przejdzie zmianę. To znaczy nie do końca wizualnie, bo podoba mi się taki, jaki jest. Zmieni się to, że nie będzie to blog WYŁĄCZNIE o kulturze. To znaczy nie będą to tylko tematy książkowe i filmowe. Potrzebuję odskoczni. Mam tyle rzeczy do powiedzenia, a nie wiem, komu je powiedzieć. Zostajecie więc wybrani.
Jeśli jesteście tu, bo liczycie na kulturę sensu stricto - niestety, muszę was pożegnać.
Nie martwcie się. Nie oszalałam kompletnie, więc postów modowych, urodowych i innych takich tu nie będzie, bo to nie moja działka. Chcę po prostu, by blog był bardziej... mój. Będę pisać to, co chcę. To, co pojawi się w mojej głowie i czym będę chciała się podzielić. Nie obiecuję, że zawsze będzie bardzo zabawnie, bo skłamałabym. Następny post, który pojawi się tuż po tym, będzie dla mnie ważny i emocjonalny bardziej niż ten. Rozumiem, jeśli teraz odejdziecie. Ale ucieszę się, gdy zostaniecie, tak samo jak ucieszę się, gdy miejsce przy mojej mównicy zajmą inni. Bądźcie więc, proszę, mili i zróbcie im trochę miejsca. Nie musicie mnie zostawiać, zmieścimy się tu wszyscy! Oczywiście wygłaszam wszystko na placu publicznym, więc sami możecie wybrać, czego będziecie słuchać, a co lepiej ominąć. Dlatego przecież spektakle mają swoje tytuł i opis! Nie bójcie się więc, a jedynie czytajcie to, co was interesuje. Oto przecież chodzi!
Nazwa zostaje. Oczywista oczywistość. Opisuje mnie jak mało co, bo kultura to chyba największa część mojego serca. Za to zmieni się opis właśnie, zakładka O MNIE. Gdy to czytacie, właściwie to już się zmieniła.
Niezwykle cieszę się, że w końcu to będzie takie moje własne forum romanum. I że nie będę miała obaw przed wrzuceniem czegoś, co z kulturą związane nie jest.

Okej, jeszcze kilka spraw organizacyjnych.
Mam zamiar założyć fanpage, albo jakąś grupę na Facebooku. Po to, by mieć z wami bliższy kontakt i dzielić się tym, co przyciągnie moją uwagę.Taka grupa kulturalnych i sic! kulturowych osób ciekawych świata i lubiących memy z kotami mówiącymi po śląsku. Sami rozumiecie. Muszą być jakieś kryteria. Jeśli dotrwaliście aż tu, piszcie koniecznie, czy też lubicie takie memy!

Uff. Kamień z serca. Poważnie. Ciekawi mnie, jak na to zareagujecie. Dziękuję po raz kolejny, a jeszcze jeden, jeśli przeczytaliście to od deski do deski. Bo to nie lada sztuka! Mam już w głowie dwa posty, za które zabieram się już teraz.
Pozostaje mi jeszcze znalezienie obrazka na miniaturkę, więc nie zdziwcie się, że pod spodem jest jakaś grafika. No muszę to gdzieś wcisnąć!
Trochę się rozkleiłam. Zaczynam być za bardzo emocjonalna. A może to The Globalist lecące w tle?
Hejo!

Zapraszam was jeszcze na moje dwa instagramy!
kultusarnie: mój typowy bookstagram (klik!)
chaskiel.rozewicza: ładne zdjęcia mojego autorstwa z wierszami zamiast opisu. zazwyczaj (klik!)
No i Snapchat! - kultusarnieblog


zdjęcie z instagrama chaskiel.rozewicza

czwartek, 27 lipca 2017

NAJGORSZE POLSKIE TŁUMACZENIA TYTUŁÓW FILMÓW #2


Hej, hej filmoholicy! Po wielu miesiącach wracam do posta o tłumaczeniach filmów i zabieram się za część drugą.

Dziwnie się czuję, że muszę pisać takie rzeczy, no ale napiszę. Dla jasności.
Ten tekst ma charakter humorystyczny. Szanuję zawód tłumacza i rozumiem chwyty reklamowe i marketingowe. 
Proszę mi więc nie pisać czegoś w stylu: "A ty to tłumaczem jesteś? Prosz barc, sama coś wymyśl. No, dawaj. Proszę. Czekam."
Czasem warto po prostu... zostawić tytuł oryginalny :)



Die hard
tytuł polski: Szklana pułapka

Nic dodać, nic ująć.


Dirty dancing
tytuł polski: Wirujący seks

Och, jak zmysłowo!


Despicable Me
tytuł polski: Jak ukraść księżyc

Ktoś tu nie wierzył w drugą część filmu! Ale nie ma problemu, Despicable me 2 nazwiemy... Minionki rozrabiają!


Phantasm
tytuł polski - Mordercze kuleczki

To tak jak z bąbelkami. Nie da się gniewnie wypowiedzieć słowa 'bąbelki'.


The nightmare before Christmas
tytuł polski: Miasteczko Halloween

Oj, czepiasz się... święta to święta, a poza tym to Burton!


Reality bites
tytuł polski: Orbitowanie bez cukru

To teraz pytanie: ile Orbit zapłaciło za tę reklamę?!



Dosyć absurdów na dziś! Otrzyjcie łzy śmiechu i (grzecznie!) dyskutujcie w komentarzach!
Hejo!

czwartek, 20 lipca 2017

Mavka, czyli animacja, dla której pojechałabym za granicę | Kulturalne info


Hej, hej filmoholicy!
Mam dla was super wiadomość, dlatego piszę tego posta na szybko, by się nią z wami podzielić.
Doskonale wiecie, jak kocham animacje wszelakie, a gdy wspomnę jeszcze, jak dawna kultura słowiańska mnie interesuje, zrozumiecie, czemu wam o tym piszę.

Jak prawie każdego popołudnia przeglądam Facebooka.
Koty.
Przyjęta uchwała o SN.
Koty.
Ukraińska animacja.
Astrono...
Chwila.

Widzę jakąś piękną stopklatkę i muszę się zatrzymać.


Coś jak zaczarowany, magiczny las. Wiem już, że muszę to obejrzeć.
Wideo okazuje się być zapowiedzią pełnometrażowego filmu animowanego wyprodukowanego na Ukrainie. Dla mnie oznacza to zabawę tradycją, piękne, barwne animacje, a to wszystko w otoczeniu pięknej, boskiej przyrody.
Trailer mówi mi, że się nie mylę. Zresztą, obejrzyjcie sami.


Mamy więc bohaterkę o urodzie słowiańskiej bogini, kochającą przyrodę i... w dziwny sposób reagującą na dźwięk fletu.
Nie mogę się doczekać, aż poznam całą historię.
I ta niesamowita muzyka w tle...


Film ma ukazać się w roku 2019. Jeśli nie wyświetlą go w Polsce i będzie trudnodostępny na nośnikach DVD, przysięgam sobie, że pojadę choćby na Ukrainę, by go obejrzeć.

Znalazłam również film ukazujący proces powstania filmu. Polecam, by dowiedzieć się, jak ewoluowała nasza (prawdopodobnie) główna postać i skąd wzięły się symbole na jej ciele.


To tyle na dziś. Krótka notka informacyjna, mam nadzieję, że niecierpliwicie się tak samo jak ja!
Hejo!

poniedziałek, 10 lipca 2017

MY, MASOCHIŚCI - ZA CO KOCHAM ANTYUTOPIE | NIE WIEM, TO SIĘ WYPOWIEM #4


  Trochę was okłamałam. Po pierwsze, będzie pisane o mnie, a po drugie - nie tylko antyutopie, ale i również dystopie i postapo. Teraz, skoro przyznałam się do grzechu, możemy kontynuować.

    
Hej, hej książkoholicy!
Za oknem upał, słońce świeci nieubłaganie mocno, a to oznacza, że jest idealna pora na... siedzenie na kanapie z laptopem i pisanie dla was posta! Lodów kupić zapomniałam, więc lekko zasmucona (ale pełna energii) zabieram się za wymądrzanie!


DOBRZE WIECIE, OD CZEGO SIĘ ZACZĘŁO

Ale jeśli nie, spieszę z wyjaśnieniem. Zaczęło się więc od Ostatecznych Henryka Wiatrowskiego [recenzja obowiązkowa]. Pisać i mówić o tej książce będę, dopóki życia mi wystarczy. Ta krótka książka sprawiła, że najbliższe pół godziny spędziłam płacząc w poduszkę. I kocham ją całym moim sercem, każdym jego fragmentem. To ona uświadomiła mi, na czym ten gatunek polega i jak bardzo pełen sprzeczności jest. Poza tym, że doprowadza mnie do łez i wniosków, że ludzie są źli, okrutni i tak dalej, to uczy. Czego? Do tego jeszcze wrócimy, obiecuję.


ANTYUTOPIA A DYSTOPIA

Jeśli ktoś z was myślał, że są to synonimy - jesteście w błędzie. Ale zamierzam was z niego wyprowadzić.
No dobra, nie jest aż tak źle. Bo w mowie potocznej używamy tych pojęć zamiennie. Ale skoro mówimy o literaturze, to warto je od siebie odróżniać
Antyutopia to świat, w którym indywidualność człowieka zabierana jest na rzecz dobra ogółu. Innymi słowy - utopijny program, który ma świat naprawić, a doprowadza do totalitaryzmu i utraty prywatności poprzez kontrolę i "pranie mózgów".
Dystopia natomiast to pewna... wizja przyszłości, całkiem prawdopodobna, bo biorąca się z rzeczywistości.
Granica jest bardzo cienka, trudno więc stwierdzić czy dana książka należy do jednego nurtu, drugiego czy jest hybrydą obu.
Tak jest na przykład z Rokiem 1984. Naprawdę wiele czasu spędziłam czytając o nie tylko samym Orwellu i jego reprezentatywnej książce, ale też o komunizmie w Hiszpanii i hiszpańskim powstaniu, w którym autor brał udział i które przyczyniło się do napisania antyutopii (ta książka nazywana jest prekursorem gatunku; mamy nawet przymiotnik orwellowski). Nie mogłam jednak ostatecznie i definitywnie dopasować jej [książki] do któregoś z gatunków. Mamy tam przecież obecną (na tamte czasy) sytuację polityczną, która rozwijała się przecież w zawrotnym tempie, a dyktatura i totalitaryzm mogłyby z powodzeniem wprowadzić cały orwellowski właśnie system. Z drugiej strony społeczeństwo jest ogłupiane i całkowicie kontrolowane, co ma spowodować porządek w tamtejszym świecie.

ZA CO KOCHAM TEN GATUNEK?

Jakkolwiek to zabrzmi - za to, że autorzy pokazują nam, jak złymi ludźmi jesteśmy. A raczej, że ludzie to najgorszy i najokrutniejszy gatunek ze wszystkich zwierząt.
Czytaliście Metro 2033 [recenzja]? Mamy tam mały świat. Taki sam jak nasz, tylko z wyolbrzymionymi wartościami i osadzony w moskiewskich podziemiach. Dowiadujemy się, że pieniądze to tylko papierki, a rację każdy ma swoją.
Ostateczni pokazują nam, że brak komunikacji, współczucia i zrozumienia dla odmieńców może doprowadzić do śmierci niewinnych osób. I przede wszystkim, że kilkoro ludzi może zniszczyć cały świat, doprowadzić do podziałów i niesprawiedliwości.

Najmniej serca mają ludzie. Bo nie działają pod wpływem instynktu, a świadomie zabijają, niszczą i krzywdzą, by osiągnąć coś, co stracą zaraz po śmierci.
Do takich samych wniosków dochodzimy przy każdej antyutopii, dystopii czy postapokalipsie.

I to jest właśnie ta nauka.
Pisarze tworzą światy, w których nie chcemy nigdy żyć. Chwilę później widzimy, że to jest przecież możliwe. Wiemy, że są ludzie, którzy byliby w stanie to zrobić.
I zaczynamy zmieniać świat. Powoli, małymi kroczkami. Uczymy się na błędach, których jeszcze nie popełniono. Dobra nasza. Mamy szansę zastanowić się nad swoim życiem i zacząć czynić dobro, w nadziei, że ktoś zrobi to samo.

Zło ze świata nie zniknie, ale możemy sprawić, że będzie on lepszy.
Czyż to niesamowite, że do takich wniosków - a potem i czynów - dochodzimy po nie stu, nawet nie dziesięciu, a po jednej książce? Za to właśnie je kocham. I zrobię wszystko, byście i wy pokochali.

środa, 24 maja 2017

MARATON FILMOWY/ PLANY FILMOWE | 24-31 maja

Hej, hej filmoholicy! Ostatnio piszę głównie dla was, ale dalej męczę jedną książkę. Chyba w końcu się poddam...

   
Gdy tylko włączam Filmweba, widzę 90 filmów do obejrzenia. Zawsze starałam się oglądać wszystko na bieżąco, a tu... 90 FILMÓW!
Postanowiłam więc zrobić sobie małe wyzwanie.

Jeden tydzień. 
Dziesięć filmów.

Niewiele? Tylko z pozoru. Praca nie pozwala mi siedzieć nocami codziennie przed ekranem. Nawet na seriale nie mam wiele czasu. Mam więc nadzieję, że uda mi się obejrzeć je wszystkie, a może nawet więcej.
Po każdym filmie notować będę swoje odczucia. Później napiszę podsumowanie, w którym je zawrę.
Nie przedłużając, poznajcie moje plany na najbliższy tydzień!




MANDARYNKI (2013)
reż. Zaza Urushadze

  
MECHANICZNA POMARAŃCZA (1971)
reż. Stanley Kubrick

  
CUDOWNIE MIEJSCE (1994)
reż. Jan Jakub Kolski

  
ŻYCIE JEST PIĘKNE (1997)
reż. Roberto Benigni

  
ONA (2013)
reż. Spike Jonze

  
NAKARMIĆ KRUKI (1976)
reż. Carlos Saura

  
CHOĆ GONI NAS CZAS (2007)
reż. Rob Reiner

  
ZAGINIONA DZIEWCZYNA (2014)
reż. David Fincher

  
BOYHOOD (2014)
reż. Richard Linklater

   
STOWARZYSZENIE UMARŁYCH POETÓW (1989)
reż. Peter Weir

   


To jak, planujecie maraton ze mną?
Dajcie koniecznie znać, gdy któryś z tych filmów widzieliście.
Trzymajcie kciuki, żeby się udało!
Hejo!


środa, 3 maja 2017

Polski TAG książkowy


 Hej, hej książkoholicy! Autorskiego tagu nie było ponad rok, więc chyba już najwyższa pora. A ponieważ trafiła się niemała okazja, jaką jest wielkie i ważne dla nas, Polaków, święto, widzicie go właśnie dziś!
Zasady są jak zwykle proste - ja daję wam zadania, które interpretujecie w dowolny sposób, odpowiadacie na nie i nominujecie do tagu kolejnych blogerów. Jak wiecie (lub nie), moje tagi cechują się swoją lakonicznością - są bardzo krótkie i rozległe w odpowiedzi.
To co? Zaczynamy!



Biało-czerwona flaga - książka, w której krew została oddana w dobrej sprawie

Pytanie trudne, ale wierzę, że dacie radę! U mnie będzie to - zdecydowanie - "Młody Samuraj", a dokładniej wojna z shogunem. Wielu oddało życie, by ocalić niewinnych i bezbronnych. Postawa godna prawdziwego samuraja.

Warszawska Syrenka - książka, której akcja dzieje się w wielkim mieście

Nie dość, że akcja "Czasu Żniw" (recenzja) dzieje się w ukrytym zakątku Londynu, to karna Kolonia - Oksford wydaje się być całkiem pojemnym miastem-państwem: mamy tu typowe dormitoria, plac główny, mieszkania cyrkowców i komnaty tych ważniejszych. A Londyn? Miano stolicy mówi samo za siebie!

Fiat 125p - zapomniana książka, o której powinien usłyszeć świat

Nie oszukujmy się - nie byłabym sobą, gdyby nie było tu "Ostatecznych". Jeśli nie przeczytałeś recenzji, daję ci szansę (RECENZJA)! Książka wydana przez mały, nieistniejący już Kurier Podlaski. Kawał dobrej fantastyki, moja najukochańsza i niezwykle dla mnie ważna. W czasach, gdy fantastyka przeżywa swoje złote lata, ktoś powinien wydać ją ponownie, z należytym dla niej szacunkiem. I - jak już obiecałam - zrobię wszystko, by tak się stało.

Morze Bałtyckie - książka z otwartym zakończeniem

Czy może pasować tu książka inna, niż taka, która kończy się słowem... POCZĄTEK?
Mowa tu o "Futu.re" (recenzja, z której jestem swoją drogą dumna), która skłoniła mnie do sięgnięcia po Głuchowskiego - pisarza, którego szanuję za to, co mówi, co pisze i jak patrzy na świat. Bo są książki, których zakończenia lepiej nie znać. Tak jest w tym przypadku. Panie Dmitrij - ma pan moje serce do dyspozycji. Pod warunkiem, że nigdy nie stanę się nieśmiertelna.

Muzeum Powstania Warszawskiego - książka, przy której nie sposób nie płakać

Przy pewniej scenie śmierci płakałam bardzo długo. Śmierci smutnej, brutalnej i niesprawiedliwej. Był to jeden z niewielu takich przypadków, ale nie umiałam powstrzymać łez. "Opowieści Rodu Otori" to seria, do której muszę wrócić, ale tak bardzo nie chcę, by się skończyła. Pozycja obowiązkowa dla miłośników ninja i samurajów.


NOMINACJE

To już chyba rutyna - Suomi
I kolejna - Paulina
Pati, która ma taki sam szablon!
Ola, która mam nadzieję, że znajdzie chwilkę
Magda, której Instagram wymiata, a wiersze jej mamy to arcydzieło!
Nowość, bo Filip, o którym dopiero się dowiedziałam - czekam na ta w formie filmu!
Daria - szacun za polskie tytuły i regularność!

Dziś trochę poważnie, ale i dzień i okazja poważne. Tag zaskakująco długi, ale myślę, że mieści się w standardzie. Niedługo (na prawdę!) zapraszam was i filmoholików na post poświęcony filmom na każdą porę roku. Póki co, życzę dobranoc albo miłego dnia.
Hejo!